W przeciwieństwie do epoki PRL-u człowiek nie musi brać, co dają, i cieszyć się, że w ogóle jakaś szansa zmiany bytu się pojawia, nawet jeśli szansą jest niespełniająca norm bezpieczeństwa i skandalicznie zaprojektowana klatka z betonowych płyt. Dziś w ofertach deweloperów można przebierać, a wrocławianin marzący o własnych czterech kątach zmaga się z dwoma podstawowymi pytaniami: gdzie i za ile (czytaj: dlaczego tak drogo?).
I to pachnie, i to nęci... Podstawowy wybór, jakiego należy dokonać z myślą o nowym lokum, sprowadza się do opcji mieszkanie czy dom. I jedno, i drugie rozwiązanie ma swoje zalety i wady.
Mieszkanie w bloku - najlepiej położonym w jakiejś atrakcyjnej lokalizacji - daje nam możliwość szybkiego dojazdu do centrum miasta, co jest niezwykle cenne, biorąc pod uwagę horror korków, jaki przeżywa wrocławianin, próbując dojechać do pracy na ósmą rano. Z braku samochodu możemy skorzystać z komunikacji miejskiej, gdyż jest więcej niż prawdopodobne, że przy naszym miejscu zamieszkania są co najmniej dwie linie autobusowe lub tramwajowe. Blisko są centra rozrywki, sklepy otwarte do późnia, szpitale i przychodnie. Z drugiej strony mieszkanie w bloku może oznaczać konflikty z ,,trudnymi'' lokatorami (cóż, życie pokazuje, że nie zawsze ,,jak dobrze mieć sąsiada''), nocne powroty mocno ,,zmęczonych'' bywalców dyskotek i fakt, że za sprawą akustycznych ścian, dokładnie wiemy, kiedy nasza sąsiadka kłóci się z mężem (i o co) lub bierze kąpiel. Dodajmy do tego hałas wciskający się oknami z ruchliwych ulic, niewiele miejsca na wyprowadzenie czworonoga i zupełną niemożność zorganizowania u siebie w wolnym czasie ulubionego zajęcia Polaków, czyli grillowania, z racji nieposiadania ogrodu.
To może dom za miastem? Cisza, spokój, mniejszy lub większy ogród, nieobecność uciążliwych sąsiadów, znacznie większa intymność, bliski kontakt z przyrodą. Do tego większy metraż i możliwość wybudowania domu właściwie według własnego projektu, co zwalnia nas z obowiązku przyjmowania czegoś z dobrodziejstwem inwentarza. No tak, ale dojazd do pracy może trwać dwie godziny w jedną stronę. Na miejscu mamy jeden skromny sklepik wiejski, więc po wszystko trzeba jechać do odległych hipermarketów. Wyprawa z dzieckiem do lekarza to prawidziwe przedsięwzięcie, a kiedy zepsuje się samochód, to do dyspozycji mamy linię podmiejską z autobusami kursującymi, jak dobrze pójdzie, raz na półtorej godziny lub PKS. Jeśli szukamy opiekunki do dziecka, musimy się liczyć z tym, że będzie ona miała ogromne problemy z dotarciem do nas. Chyba że dysponuje własnym środkiem transportu.
Które więc rozwiązanie wydaje się lepsze? Wszystko zależy od naszych potrzeb i zapatrywań. Spróbujmy przyjrzeć się zagadnieniu od strony cenowej.
Chcesz przeczytać cały artykul zajrzyj na stronę 0-71.pl